piekło odrasta powoli — skleiłem je z żaru i bólu,
król bez dworu i żony, władca popiołu i mułu.
i wtedy ich zobaczyłem: schodzą ze wzgórza oboje.
ona — i ten obudzony. i wyję, bo to już nie moje.
idą przez pole spokojnie, jak państwo młodzi po weselu,
a ja patrzę z ruin piekła — jeden z bardzo wielu.
tak na mnie nie spojrzała nigdy — wiem, bo liczyłem dni.
jemu wystarczyło jedno starcie — i szacunek w jej oczach lśni.
pamiętam naszą przysięgę: dwa trony, jedna korona,
piekło u naszych stóp i wieczność nieskończona.
kochałem ją całym mrokiem, każdym cieniem, każdym dniem —
ona pozwalała się kochać. dziś już o tym wiem.
NIGDY NIC NIE BYŁO MOJE — ANI TRON, ANI ONA,
BYŁEM TYLKO STRÓŻEM DOMU, W KTÓRYM MIESZKAŁA KORONA!
ALE JEDNO MIAŁEM WŁASNE — TO, CO CZUŁEM PRZEZ WIEKI.
I ZA TO JEDNO WŁASNE — DZIŚ ZAMKNĄ MI POWIEKI.
podchodzę i staję na drodze, jak wtedy, u drzwi piwnicy.
"królowo, on tobą gra! widzę to w jego źrenicy!"
ona nawet nie zwalnia — mija mnie, jak co dzień.
tylko on się zatrzymuje, uprzejmy jak przechodzień.
mówi do mnie łagodnie, jak lekarz nad pacjentem:
"rozumiem pana, naprawdę. miłość bywa fundamentem.
ale pęknięty fundament to ryzyko dla budowy —
a ja nie lubię ryzyka, zwłaszcza gdy plan jest gotowy."
powinienem się cofnąć — znam przecież wagę tej dłoni,
ale kto kochał eony, ten głowy przed nikim nie skłoni.
krzyczę jej prosto w plecy: "wybierz! on albo mąż!"
ona odwraca głowę — powoli, gładko, jak wąż.
i uśmiecha się — uśmiechem, którego nie znałem wcale:
chorym, szyderczym, zimnym jak ostrze w krysztale.
potem patrzy na majstra i kiwa głową bez słowa —
tak się wskazuje ścianę, co do rozbiórki gotowa.
on wzdycha, jak majster proszony o jedną poprawkę więcej,
i mówi: "nic osobistego. to potrwa mgnienie, nie dłużej."
unosi powoli dłoń. kciuk szuka środkowego palca.
a ja nie patrzę na dłoń. patrzę na nią. do końca.
nie żałuję, że kochałem — to jedno było prawdziwe,
przez eony byłem stróżem, lecz uczucie miałem żywe.
chcę powiedzieć jej imię — to jedno, ostatnie słowo:
"lilith, ja cię ko—"
wybacz bałagan, królowo. wracajmy do pracy.
na polu zostały dwie postacie i cisza po trzecim.
królowa się uśmiechała — długo, szeroko, jak dzieci.
a tam, gdzie stał król piekła, nie został nawet cień.
drugi pstryk w historii świata. tak skończył się ten dzień.