Nie budzi mnie krew, nie budzi mnie strach,
Budzi mnie skowyt zamknięty w czterech ścianach.
Kot pod płotem. Worek. Sznur.
I człowiek, co spokojnie idzie spać.
Mnie też kiedyś wyrzucono za bramę jak śmiecia,
Bo miałam dwoje serc i lud się mnie bał.
Zdechłam w rowie sama, jak zdycha to, co zbędne,
Ziemia mnie nie chciała — więc wstałam i wróciłam.
Dlatego to ja słyszę, gdy milknie miauczenie,
I liczę każdą kość, co sterczy spod sierści.
ODDAJĘ CI TWOJE — coś dał, to teraz weź!
Głód za głód, mróz za mróz, sznur za sznur i pięść za pięść!
Nie jestem karą boską, nie jestem sądem ludzi —
Jestem lustrem, w którym własna ręka cię obudzi!
Wchodzę bez pukania, staję nad twym łóżkiem,
Pytam całkiem cicho: "Pamiętasz? Trzeci dzień bez wody."
Mówisz, że nie pamiętasz. Mówisz: "to było zwierzę".
Więc przez jedną noc pokażę ci, jak to jest nim być.
Nie tknę cię nawet palcem — nie muszę, mój drogi.
Wystarczy, że poczujesz wszystko, coś zadał.
Lecz nie po to wracam, by tylko brać odwet,
Prowadzę też kogoś przez błoto i noc.
Kobietę Boruty — nie pyta o rasę,
Nie patrzy na futerko, patrzy prosto w oczy.
Otwiera drzwi wtedy, gdy leje najgorzej,
I bierze na ręce to, co świat wyrzucił.
ODDAJĘ CI TWOJE — coś dał, to teraz weź!
Głód za głód, mróz za mróz, sznur za sznur i pięść za pięść!
Nie jestem karą boską, nie jestem sądem ludzi —
Jestem lustrem, w którym własna ręka cię obudzi!
Widziałam, jak klęka w błocie nad skatowanym,
Jak zdejmuje z siebie płaszcz i owija to, co drży.
Nie płacze, nie krzyczy, tylko ociera mu pysk.
A potem mówi cicho: "ja już dość widziałam".
I to jedno zdanie waży więcej niż cała moja zemsta.
ODDAJĘ CI TWOJE — coś dał, to teraz weź!
Głód za głód, mróz za mróz, sznur za sznur i pięść za pięść!
Bo dawniej koty strzegły progu i wiodły dusze w mrok —
DZIŚ TO ONE SĄ SĄDEM, A TY JESTEŚ NA NIM, CZŁOWIEKU!
Kot ma dziewięć żyć.
Ty masz jedno.
I to ty powinieneś się bać.