U stóp Wawelu, gdzie Wisła lśniła,
Prastara siła w skale się kryła.
Gród kraka w słońcu spokojnie spał,
Nie wiedział, że pradawny zbudził się żal.
Zadrżała ziemia, zadymił dół,
A z jamy wypełzł pradawny król.
Wpierw poszedł pomruk, głuchy i niski,
Zatruł powietrze, przestraszył wszystkich.
Potem łeb gadzi, ociekły śluzem,
Spojrzał na miasto będące cudem.
Łuski jak pancerz, pazury jak stal,
Rozpocznie się teraz śmiertelny bal.
Smok Wawelski, piekącej siarki swąd,
Z jamy patrzy, gdzie twego domu stoi płot.
Ognia niepowstrzymana żądza, żądza łez,
Aż po miasta Kraków krwawy kres.
Smok Wawelski, pradawnej bestii ryk,
Miasto kraków zniszczy, będzie słychać ino syk.
Najpierw pożerał owce no i krowy,
Gad jednak czuł się po tym bardzo chory.
A gdy zabrakło w stadninach stad,
Zażądał daniny z najpiękniejszych bab.
Co tydzień panna, w lęku i głupocie,
Szła na ofiarę ku jego pociech.
Król Krak na zamku załamał dłonie,
"Gdzie me rycerstwo, co w boju płonie?"
"Kto smoka zgładzi" – krzyk jego brzmiał –
"Temu pół królestwa i córkę dam!".
Lecz nawet śmiałkom truchlała twarz,
Gdy w paszczy smoka widzieli swą straż.
Smok Wawelski, piekącej siarki swąd,
Z jamy patrzy, gdzie twego domu stoi płot.
Ognia niepowstrzymana żądza, żądza łez,
Aż po miasta Kraków krwawy kres.
Smok Wawelski, pradawnej bestii ryk,
Miasto kraków zniszczy, będzie słychać ino syk.
Zastępy ruszyły, lśniła się stal,
Lecz każdy później w ogniu, po tym w piekle spał.
Pancerz pękał jak sucha krucha glina,
Z ust potwora zaś lała się ślina.
Kopii i mieczy nie imał się gad,
Po każdym starciu zostawiał smród, jad, ślad.
Aż nadszedł Skuba, taki chłop co buty szył,
Nie w mięśniach siłę, lecz w głowie krył.
Nie wziął topora, nie wziął też pancerza,
Miał tylko pomysł, co w zło uderza.
Wziął owcze runo, igłę oraz nić,
By z potwornego smoka ostrto zadrwić.
Owcę najtłustszą wypchał na maksa do pełna,
Siarką palącą, co funduje ból na hejnał.
Dziegciem i smołą utkał jej trzos,
By bestii w gardle podpalić stos.
Pod jamę smoka podrzucił więc dar,
Czekając, aż chwyci go ognisty czar.
Smok ślepy z głodu, chciwy i hardy,
Połknął owieczkę bez najmniejszej pogardy.
A potem w trzewiach poczuł żar żywy,
Piekło, co paliło wnętrzności jak pokrzywy.
Z rykiem potwornym do Wisły gnał,
By ugasić ogień, co go w bebechach grzał.
Pije łapczywie, woda aż furczy,
A brzuch mu pęcznieje, a skóra się kurczy.
Pije i pije, bez opamiętania,
Aż rzekę całą wessał do rana.
Huk wstrząsnął grodem, pękła łuska gruba,
Tak zginął potwór z ręki Skuba.
Ucichł ryk.
Zniknął swąd.
Kraków wolny.
W całości płot.