Zmarznięty wędrowcze, schodź z leśnego szlaku,
Widzę blask strachu w twoich oczu mroku.
Moja strzecha czeka, brama jest otwarta,
Dla zmęczonych kości noc ta będzie warta.
Wejdź w gościnne progi, zrzuć z ramion udrękę,
Gospodarz z uśmiechem poda ci swą rękę.
Na stole dębowym grube, gęste obrusy,
Mają skryć plamy, starych ciał pokusy.
W kominku coś trzeszczy, dziwny zapach niesie,
Słodki swąd spalenizny gubi się w tym lesie.
Siadaj przy ogniu, napij się do syta,
Zanim zimne ostrze o twą szyję spyta.
Jeden trzask rygla, ciężki ryk dębiny,
W ułamku sekundy koniec tej gościny!
Uśmiech mi tężeje, oczy błyszczą dziko,
Już nie jesteś gościem, jesteś dla mnie dziczą!
Łapiesz za klamkę, lecz deska nie puszcza,
Wita cię ciemność i rzeźnicka tłuszcza!
Radogost! Rzeźnik, nie pan gościny!
W moich piwnicach rąbię ludzkie zwierzyny!
Haki ze stropu, krew spływa do rynny,
Nieważne czyś wierzący, czyś winny, czy niewinny!
Tasak w dłoń chwytam, gilotyna zgrzyta,
Żadna żywa dusza o ciebie nie spyta!
Ubijam pod ziemią, rozrywam na ćwierci,
Mój dom to świątynia potwornej śmierci!
Wleczony za włosy po kamiennych schodach,
Gdzie szczury brodzą w zakrzepłych już wodach.
Czarne ściany lochu chłonęły skomlenie,
Każdego, kto myślał, że znajdzie ocalenie.
Widzisz te czaszki ukryte pod mrokiem?
Będziesz kolejnym, rzeźnickim wyrokiem!
Nie chcę twej duszy, nie pytam o wiarę,
Mnie interesuje mięso na ofiarę!
Żelazo tnie skórę, łamią się żebra,
Jucha tryska na ściany, gęsta niczym srebro.
Patrzę ci w oczy, gdy oddech ucieka,
Tak słowiański bóg bezcześci człowieka!
Swaróg dał ogień, Perun dał gromy,
A ja pod ziemią ostrzę te złomy!
By ćwiartować nędzę, co w progi zachodzi,
Głupców, co myślą, że noc ich ochłodzi.
Wyciskam życie, aż zbledną twe usta,
Na haku zostaje skóra zdarta i pusta!
Radogost! Rzeźnik, nie pan gościny!
W moich piwnicach rąbię ludzkie zwierzyny!
Haki ze stropu, krew spływa do rynny,
Nieważne czyś wierzący, czyś winny, czy niewinny!
Tasak w dłoń chwytam, gilotyna zgrzyta,
Żadna żywa dusza o ciebie nie spyta!
Ubijam pod ziemią, rozrywam na ćwierci,
Mój dom to świątynia potwornej śmierci!
Kolejna nocka, świt krwawy nad lasem,
Podłogę w sieni zmywam mocnym kwasem.
Chowam tasak, lecz loch znowu czeka...
Słyszę kroki... Kolejnego człowieka.
Wejdź... Radogost zaprasza.