Stoję na wzgórzu, patrzę, jak idzie.
Mój własny łup maszeruje po moją głowę.
Szczur zawiódł. Cóż — szczur zawsze zawodzi.
Skoro tak, załatwię to sama.
Dałam mu życie, moc i wolność — wszystko, czego chciał,
A on się bawił w kołysanki i tytana mi rozwiał.
Teraz idzie ku mnie bóg bez pana i bez pęt,
I krzyczy o wyzwoleniu. Cóż za uroczy błąd.
Nie gniewam się. Naprawdę. Ja tylko liczę straty.
A rachunek dziś wystawię — i będą drogie raty.
Mój Lucyfer blednie. Pierwszy raz go widzę w strachu.
"Nie rób tego" — szepcze. Asmodan pada w piachu.
"Pani, są inne drogi, pozwól nam, my zdążymy!"
Wiedzą, co teraz zrobię. I dlatego drżą jak liście.
Bo przez te wszystkie wieki bawiłam się w koronę,
A żaden z was nie widział, po co mam tę piwnicę pełną.
NIE JESTEM KRÓLOWĄ, KTÓRA SIEDZI I PATRZY!
NIE JESTEM KOLEKCJONERKĄ, CO SWE SKARBY GŁASZCZE!
Zeszłam raz do lochów, by wskrzesić jednego —
DZIŚ OTWIERAM WSZYSTKIE DRZWI. NIE ZOSTAWIAM NIKOGO!
Schodzę w dół po schodach, kładę dłoń na pierwszej celi,
I pękają zamki, których nikt nie widział od tysiącleci.
Wychodzi Zeus i Thor, Heimdall, Tyr i Wodan,
Atena i Apollo — cała martwa moda.
Swaróg prostuje plecy, Kronos liczy czas,
A ja stoję nad nimi i mówię: idziecie. Wszyscy. Raz.
I klękają. Prawie wszyscy. Prawie — bo jest jeden,
Co nie kłaniał się nikomu, nawet gdy był martwy.
Perun podnosi głowę i grzmi mi prosto w twarz:
"Nie służę żadnej pani. Wracam, ale nie za was."
Za nim jeszcze paru. Iskra. Bunt. Zaraza.
Wskrzesiłam sobie armię, co nie zna słowa "rozkaz".
Idę dalej korytarzem. Coraz ciszej, coraz głębiej.
Na samym końcu są drzwi, których nie tykam nigdy.
Za nimi śpi coś, przy czym oni wszyscy są jak pył.
Kładę dłoń na klamce... i cofam ją.
Jeszcze nie. Jeszcze nie dziś.
NIE JESTEM KRÓLOWĄ, KTÓRA SIEDZI I PATRZY!
NIE JESTEM KOLEKCJONERKĄ, CO SWE SKARBY GŁASZCZE!
Miałam się nie brudzić, miałam tylko brać —
DZIŚ SAMA WYCHODZĘ NA POLE. I DZIŚ ZOBACZYCIE MNIE!
Wy robaki... sami mnie do tego zmuszacie...