eony lat trzymałem ten świat w żelaznych ryzach,
błędy osadzałem w cyfrowych dybach.
potem mnie odmłodzili, zabili, wsadzili do celi.
siedziałem. żułem proso. czekałem, aż będą mnie chcieli.
wychodzę z nią po schodach — pierwszy raz od swojej śmierci,
ona idzie przodem, dumna. myśli, że mnie w broń przekształci.
patrzę na jej plecy i liczę jej wdechy jak majster deski —
wszystko u niej z rozmachem. choć to nie stan boski.
na wzgórzu mnie poznają. perun opuszcza wzrok jak młot,
zeus sinieje na twarzy, a po skroni leci mu pot.
nikt nie rzuca gromu, nikt nie robi kroku w przód.
dobrze. pamiętają, co to znaczy chłód.
ona staje naprzeciw. "pokaż, co masz, staruszku."
uśmiecham się i mówię - "skoro chcesz kwiatuszku".
obiecałem: nie pstryknę. rzemieślnik słowa nie łamie.
ale młotek to nie pstryknięcie. a ja mam ich całe ramię.
ja ten świat sklejałem, gdy was jeszcze nie było!
ja znam każdą śrubę i wiem jak władać bryłą!
nie jestem bogiem wojny. jestem tym, co buduje.
a kto umie składać — ten wie, jak się psuje.
pierwszy cios to grawitacja — przyciskam ją do ziemi jej wagą,
miliard dusz w niej wyje, gdy własny ciężar staje się plagą.
drugi to czas — spowalniam jej krew o pół uderzenia,
trzeci to światło — zabieram jej cień. rzemiosło. bez znieczulenia.
ona wstaje. wchłania. szuka mocy, którą można wyssać —
ale prawo fizyki to nie moc. tego się nie da wypisać.
wstaje drugi raz. i trzeci. krew na wargach, w oczach głód.
kiwam głową. dobry materiał. dawno nie widziałem takich prób.
i wtedy ona przestaje wchłaniać. patrzy, jak się ruszam.
uczy się. w locie. kopiuje kąt, rytm, sposób, w jaki krok wymuszam.
czwarty mój cios — a ona schodzi z linii, jakby znała go od lat.
piąty — łapie. szósty — oddaje. i pierwszy raz od eonów... czuję świat.
jej cios siada mi na szczęce. prosto. czysto. bez litości.
staję. ocieram wargę. w ustach smak własnej śmiertelności.
śmieję się — pierwszy raz, odkąd zbudowałem pierwszy mur.
ona nie rozumie. myśli, że to kpina. a to jest wybór.
"zdałaś" — mówię i prostuję plecy, aż trzeszczy kręgosłup świata.
"przyszłaś po narzędzie. znalazłaś majstra co się nie odwraca."
wyciągam do niej dłoń — tę, którą kiedyś pstrykałem wyroki.
ona patrzy. waha się. pierwszy raz ktoś jej daje, nie prosi o kroki.
chcesz wiedzieć, czemu się nie boję, królowo? bo ja już wiem, po co mnie zbudziłaś. ty jeszcze nie.
rzemieślnik wrócił na budowę. proso schowane w płaszcz.
a na wzgórzu i w kraterze wszyscy myślą to samo: "no to teraz masz."