Piwnica mnie wypluła prosto w serce wojny,
Świat płonie jak pochodnia — dzień jak co dzień, spokojny.
Inni by na kolana padali z trwogi —
Ja zacieram łapki. Wróciłem, błogi.
Na lewo król piekła z tytanem wojuje,
Obrywa jak uczniak — ale wciąż triumfuje.
Na prawo stary Boruta z Asmodanem w błocie —
Pięści, bicz i upór. Szacun przy robocie.
A w górze, ponad wszystkim — ON. Mój stary znajomy.
Otwarte oczy świecą jak dwa spalone domy.
I nikt mnie nie zauważa. Nikt. Ani jeden cień.
Bo kto by patrzył w dół, gdy bogowie kradną dzień?
Biegnie szczur przez katedrę, cichutko, przy ścianie —
Wielcy patrzą w niebo, a szczur ma swe zadanie.
Niedoceniony, przeoczony — to mój żywioł, bracie,
Wszyscy strzegą tronów. Nikt nie strzeże spiżarni w chacie.
KRÓL KOSZMARU idzie przez wojnę — kłania się i liczy!
Każdy ukłon to pożyczka, każdy dług odliczy!
Służę wszystkim, wierny nie jestem nikomu —
Zdrada to nie grzech... to moja droga do domu!
Lucyfer pięknie kłamie, że wcale się nie chwieje,
Ale z bliska widać: skrzydło mu łysieje.
Asmodan ma robotę: wrak, co wstawać lubi —
Kto się tłucze z upartym, ten czas własny gubi.
A Boruta z przyszłości? Pyszni się na grzbiecie,
Taki pewny swej kontroli, jak nikt na tym świecie.
I nikt z nich nie pamięta — a to błąd ogromny —
Że kontrola to jest sztuka. Ależ ja jestem skromny.
Czarny żar od królowej buzuje mi w kościach,
Moc dwóch królestw tańczy mi we wnętrznościach.
Kazała przynieść boga. Przyniosę, ma się wiedzieć.
Nie ustalono tylko, kto na nim będzie siedzieć.
Podchodzę bliżej, bliżej — wielcy wciąż zajęci,
Dla nich jestem pyłem, plamką na pamięci.
Aż nagle wielka głowa powoli się obraca —
Spojrzenie, co zabiło miliony, nagle do mnie wraca.
Świat jakby przystanął. Nawet wiatr się boi.
Bóg patrzy prosto w szczura. Szczur na miejscu stoi.
Miliony gęb w tej wojnie — a on patrzy na moją.
Ognie wstrzymały oddech. Nawet gromy stoją.
Uśmiecham się najszerzej, jak potrafi szczur...
Cześć, staruszku... tęskniłeś?