Ona klęczy. Krew na wargach. A ja jeden na tym polu wiem,
Że to nie ona przegrała — to oni skończyli z dniem.
Krzyczę: "Asmodanie uciekaj!!" — ja lucyfer, władca dna,
A Zeus tylko się śmieje: "Lucyfer też strach zna?!"
Ona wstaje. Bez broni. Rozkłada wolno ramiona,
Jakby chciała ich objąć — matka, kochanka, żona.
I bierze wdech. Jeden. Cichy, jakby zasypiała.
A pode mną, w dole, cała otchłań zadrżała.
Nie ja ich wezwałem — przysięgam, to nie ja.
Miliardy potępionych lecą ku niej ze dna.
Mój swarm, me legiony, których pana udawałem —
Płyną w górę, do niej bo ja nigdy ich nie posiadałem.
Wchłania ich. Dusza za duszą w niej gaśnie,
A moc miliardów staje się jej mocą właśnie.
Z każdym wdechem jest silniejsza, choć nie chce nawet się bić —
Bo cała siła mego piekła zaczyna w niej żyć.
LILITH KONTRA PANTEON — wszyscy oni na jedną,
LILITH KONTRA PANTEON — a to oni dziś zbledną!
Piekło nigdy nie było moje — byłem jego stróżem.
Dziś spiżarnia pustoszeje, a ona rośnie nad wzgórzem.
Perun bije gromem — grom przechodzi przez nią jak przez mgły,
Weles wbija róg — róg kruszy się jej w dłoni w pył.
Zeus, co pierwszy zdradził, pierwszy cofa się o krok,
Bo bije w coś, co ma w sobie miliard dusz i mrok.
A z dołu, przez zamarłe piekło, wolny tytan kroczy —
Ten, co krzyczał "koniec zniewolenia", już patrzy jej w oczy.
Dochodzi pod wzgórze... zwalnia... i staje.
Nie z echa — z lęku, który pierwszy raz poznaje.
Patrzę na żonę i mówię że was ostrzegałem.
Wszystko, co miałem — miałem, bo mi dała.
Dziś odbiera. Nie ze złości. Po prostu... dawać przestała.
Ona odwraca głowę. Nie do bogów. Do niego.
Do tego, który przyszedł ją zabić. Do wolnego.
I słyszę, jak mówi mu tylko: "A teraz ty."