Spytałam: czym ty jesteś? On milczał. Patrzył w dal.
Pierwszy raz, odkąd jestem, moje pytanie spadło jak kamień w stal.
Schodzę z tytana. Sama. Bez pośpiechu, bez słowa —
Bo królowa nie ucieka. Królowa się wycofuje. I liczy od nowa.
Liczyłam ich wszystkich — bogów, biesy, demony, ich moc.
Każdego zważyłam, każdego wchłonęłam, każdemu dałam noc.
A ten jeden nie był w rachunku. Nie stał w żadnej kolumnie.
I cała moja arytmetyka pękła jak szkło w trumnie.
Nie boję się. Strach jest dla tych, co mają co stracić.
Ja tylko liczę — i nie wiem, ile mi przyjdzie zapłacić.
Nie mam kontry. Nigdy nie miałam — nie musiałam mieć.
Bo nikt nie stał naprzeciw. A teraz stoi — i wolałabym nie wiedzieć.
Wracam na wzgórze. Bogowie na twarzach, tytan w dole klęczy.
Mój mąż unosi głowę, wie, dokąd idę — i cicho coś w nim jęczy.
Szepcze: "Nie tam." Tak jak wtedy, gdy otwierałam cele.
A ja mijam go — jak mija się mebel. Mam dziś ważniejsze cele.
WOLAŁAM NIE WIEDZIEĆ — DZIŚ MUSZĘ.
WOLAŁAM NIE OTWIERAĆ — DZIŚ SIĘ NIE WZRUSZĘ.
Kto ma wszystko i spotka więcej — ten schodzi po to, czego się bał.
Nie ze strachu. Z rachunku. Bo ktoś na polu stał.
Schodzę po schodach, które znam na pamięć — każdy stopień mój.
Cele puste. Sama je otworzyłam — wypuściłam bogów na bój.
Mijam puste cele: Zeus, Perun, Kronos — wszyscy, co mnie zdradzili.
I jedną pełną — Ymir śpi. Jego nie tknęłam. Nie tacy jak on mnie dziś zmusili.
Korytarz robi się cichszy, im dalej idę w dół,
Aż cisza jest tak gęsta, że można by ją kłaść na stół.
Na końcu drzwi. Te same. Bez zamka, bez straży, bez pieczęci.
Nie trzeba. To, co za nimi, nie wychodzi — bo nie ma chęci.
Kładę dłoń na klamce — zimna, jak wtedy, gdy ją cofałam.
"Jeszcze nie dziś" — szepnęłam wtedy. Dziś nie szepczę. Za dużo szeptałam.
Drzwi idą lekko. Za lekko. Jakby czekały na ten dzień.
I z ciemności nie bije moc. Bije... zmęczenie. I chrzęst. I cień.
Siedzi. Nie śpi — siedzi, jak ktoś, kto czeka na koniec zmiany.
Żuje coś powoli. Patrzy na mnie — jakby każdy mój ruch był mu znany.
Nie wstaje. Nie musi. Wiem, kim jest — i po raz pierwszy nie wiem, co robię.
Ale na polu stoi ktoś większy ode mnie. Więc biorę większego od niego. Sobie.
Mówię: "Wstań. Mam dla ciebie robotę." — On żuje. Patrzy. Milczy długo.
Potem wstaje — i cela robi się mała, a ja pierwszy raz czuję się drugą.
Odkłada proso. Otrzepuje dłonie. Patrzy na mnie.
Jak rzemieślnik na robotę, która sama przyszła. Spokojnie. Dokładnie.
I mówi — pierwszy raz od swojej śmierci: "Nie pstryknę. Chcę zobaczyć, co potrafisz."
Wolałam nie wiedzieć, co w tej celi śpi.
Nie spało. Czekało. Liczyło dni.