Pełna mobilizacja...
No to również zaczynamy budować...
Bo na takich wrogów...
Nie ma co broni żałować...
Kuźni nie stawia się w ukryciu, gdy wróg podnosi młoty —
Stawiam ją na środku pola, na widoku ich roboty.
Niech widzą nasze iskry, jak my widzimy ich łuny.
Dwa obozy. Dwa ognie. A między nimi pole jak struny.
Rozpalam ogień pierwszy raz, odkąd wróciłem zza bram,
Węgiel zajmuje się od iskry — ogień poznaje mnie sam.
Biorę młot — dłoń pamięta, choć minęły wieki całe.
Kowala można zabić. Rzemiosło jest wytrwałe.
Pierwsze uderzenie w kowadło niesie się przez pole jak dzwon,
Drugie słychać za wzgórzami, trzecie — budzi każdy dom.
Nie trzeba rogu ni wici — wystarczy rytm mojej pracy.
Kto słyszy kucie Swaroga, ten wie: zbierają się wojacy.
Pierwszy przychodzi Weles — wyrasta z ziemi jak krzew,
Za nim z hukiem Thor — ten zawsze przynosi swój gniew.
Po kolei, jeden za drugim, schodzą się na mój znak.
Kuźnia zbiera szybciej niż trwoga. Tak to działa. Właśnie tak.
Zeus staje w szeregu — bez błyskawic i bez świty.
Kto przeżył własną pychę, ten materiał znakomity.
A nad uschniętym dębem Kronos — stoi z boku, jak głaz.
Nie podszedł. Ale przyszedł. Czas pokaże, po co przylazł.
Nie wiem, co kują tamci — wiem, co wykuwam sam:
Oni kują coś dla siebie — ja kuję bronie nam!
Młot to nie tylko narzędzie — młot to jest obietnica:
Póki bije mój młot, nie pokona nas ciemnica!
Ogień bierze stal jak prawdę — wypala kłamstwo i brud,
Zostaje tylko twardy rdzeń. Tak właśnie hartuje się lud.
Każdemu patrzę w dłonie, nim oddam mu broń nową,
Bo stal, co nie zna ręki, wisi nad własną głową.
I nagle młoty cichną, choć nikt nie wydał komendy —
W progu kuźni stoi bies. Ten z krateru. Ten z legendy.
Wchodzi wolno między bogów, a szereg się rozstępuje:
Przed tym, co zatrzymał piekło, nikt drogi nie tarasuje.
On podchodzi do kowadła i wyciąga swoją dłoń,
A ja mówię: "schowaj ją, biesie. W sobie nosisz już swą broń"
I dobrze wiesz czarcie stary — nie trzeba tu mądrej głowy:
Bo to co w sobie nosisz cięższe jest niż moje podkowy."
A on się uśmiecha — ledwo, jak gdy pęka stary lód,
I mówi: "dziękuję, kowalu." dwa słowa. Ważą jak cud.
Potem staje obok ognia i patrzy na tamtą stronę,
Gdzie ich moce kują w rytm — szykując się na wojnę.
Noc. Nad polem dwie łuny: złota nasza, czerwona ich.
Dwa kowadła, dwa rytmy — a między nimi żaden byt.
I przez jedną krótką chwilę oba młoty biją w takt —
Jakby wojna i jej koniec podpisały cichy pakt.
Słyszysz, majsterku? My też umiemy w młoty.