A teraz, dzieci, o Perunie, bogu gromu.
To był taki słowiański Zeus. Z młotem, jak ten Thor.
Siedział na chmurze i rzucał błyskawicami...
Nie byłem Zeusem, babo, ni Thorem od młota.
Tamtych opiewali swoi. Ja jestem sierota.
Pierwszy pisał o mnie grek. Nie znał nawet mnie z imienia.
Pisał: twórca błyskawic. Jedyny pan stworzenia.
Losu nie znał mój lud. Kto chory, kto na wojnę,
Ślubował mi ofiarę, żeby żyć spokojnie.
A jak przeżył, to płacił. Co obiecał, to dał.
Nie było losu, babo. Był układ. I on trwał.
Jestem Perun. Ten, który bije z góry.
Nie zostały po mnie księgi ani mury.
Zostawiono mi imię w każdej burzy nad wami,
Mówicie je co lato. Własnymi ustami.
W kijowie na wzgórzu stałem, bo tam mnie wznieśli,
Kładli mi tarcze, broń i złoto i co nieśli.
A kto złamie, tak mówili, niech zżółknie jak złoto
I padnie od swej broni. To było mą robotą.
Postawili mnie z drewna. Srebrna głowa, złoty wąs.
Tyle wiecie o mojej twarzy. Taki to mój los.
A sześćset lat później kronikarz się pomylił,
I z mojego wąsa boga sobie wymyślił.
Wąż mi kradnie bydło i chowa się pod drzewem,
Pod kamieniem, w wodzie. A ja biję tam z gniewem.
A kiedy go dosięgnę, z nieba leje woda,
Bo oddaję, co ukradł. To nie żadna pogoda.
Jestem Perun. Ten, który bije z góry.
Nie zostały po mnie księgi ani mury.
Zostawiono mi imię w każdej burzy nad wami,
Mówicie je co lato. Własnymi ustami.
Nikt tego nie zapisał. Dwaj uczeni po latach
Złożyli mnie z zaklęć i z bajek po chatach.
Nie wierz mi na słowo, babo. To kawałki i szwy.
Ale pod drzewo w burzę nie wejdziecie ni wy.
Nad łabą czwartek był mój. Peründan tam mówili.
Dzień Peruna, co tydzień. Aż mowę zgubili.
W kałdusie pod chełmnem, gdzie ofiary składali,
Moje strzałki do grobów i w ogień chowali.
Inni mówią grom. A wy, jak mało kto w świecie,
Mówicie piorun. Czyli mnie. I nawet nie wiecie.
A ślązak, gdy się wkurzy, krzyczy: pieronie jasny!
I woła mnie po imieniu. Jak jego przodek dawny.
I jeszcze jedno, na koniec.
Tysiąc lat temu przysięgacie:
Niech nas zabije własna broń.
A wy mówicie: niech cię piorun trzaśnie.
To ta sama klątwa, babo.
Tylko zapomnieliście, do kogo ją mówicie.
A kiedy błyśnie nad miastem, dziecko liczy sekundy,
Ile jeszcze do mnie. To są legend absurdy.
Nie wie, kim jestem, a liczy mnie, jak trzeba.
I tak mnie pamięta. Jednym uchem do nieba.
Jestem Perun. Ten, który bije z góry.
Nie zostały po mnie księgi ani mury.
Zostawiono mi imię w każdej burzy nad wami,
Mówicie je co lato. Własnymi ustami.
...I dlatego, dzieci, w burzę nie stawajcie pod drzewem.
Bo tam czasami niebo umie walnąć gniewem,
Połóżcie się w domu na swoim łóżku,
Kładąc swe dłonie, na własnym brzuszku.
Licz dalej, mała.
Ja już idę.