Pod korzeniem świata, gdzie nie sięga dzień,
Słyszałem, jak umierali — każdy bóg, każdy cień.
Nie ruszyłem się. Śmierć to mój porządek.
Co spada w dół, u mnie ma swój początek.
Perun padł od Czarnoboga — zagrzmiał ostatni raz,
Swaróg zgasł jak węgiel, Zeus wsiąkł w mój piach.
Kowal, gromowładny, i olimpijski dwór —
Wszyscy zeszli do mnie. Taki tego świata wzór.
Ja przyjmuję. Nie oddaję. Taka jest ta stara waga:
Kto przekroczył moje wrota, w moim domu na wieki zalega.
I było mi to obojętne. Oni się bili — ja liczyłem.
Kto ginął, ten był mój. Reszty o nic nie prosiłem.
Nie mścić, nie ratować, nie stawać przy tronach —
Tylko trzymać porządek: żywe w górze, martwe w moich stronach.
NIE PRZYSZEDŁEM PO WŁADZĘ. NIE PRZYSZEDŁEM PO TRON.
PRZYSZEDŁEM PO SWOJE — BO KTOŚ SIĘGNĄŁ POD MÓJ DOM!
Wolno wam się mordować, wolno wam się zdradzać —
ALE NIKT NIE MA PRAWA UMARŁYCH MI ZAGRABIAĆ!
Aż poczułem szarpnięcie — ktoś ciągnął mnie od góry.
Perun wyrwany z mej ziemi. Swaróg z mojej chmury.
Zeus, Thor, cała skrzynia — jak z worka złodziejskiego.
Ona nie wskrzesza. Ona KRADNIE. Nic w tym królewskiego.
Osiem cykli wojen ja siedziałem jak głaz —
Jedna kradzież z Nawii — i wychodzę. Nadszedł czas.
Ziemia pęka pode mną, gdy wstaję po eonach,
Rogi rozrywają darń, mech rośnie na ramionach.
Nie z piekła — z korzenia. Nie na rozkaz tylko bo taką mam wolę.
Nie mam żadnej pani. Mam tylko swoje pole.
Patrzę na jej piwnicę i widzę jeden włam:
Włamała się do mnie. Więc idę. Nie sam.
NIE PRZYSZEDŁEM PO WŁADZĘ. NIE PRZYSZEDŁEM PO TRON.
PRZYSZEDŁEM PO SWOJE — BO KTOŚ SIĘGNĄŁ POD MÓJ DOM!
Wolno wam się mordować, wolno wam się zdradzać —
ALE NIKT NIE MA PRAWA UMARŁYCH MI ZAGRABIAĆ!
I stoi tam. Gromowładny. Ten, co mnie kiedyś "drażnił",
Ten, co gromy we mnie ciskał, kiedy w rzekach żem się bawił.
Nienawidziliśmy się z góry, nienawidziliśmy z dołu,
Bo taki jest ten świat: nie odpuszczę nikomu.
Lecz dziś patrzymy na to samo — na kradzież i jej włości.
On zbuntował się za honor. Ja — z zimnej powinności.
Kiedyś na nas dwóch przysięgano.
Na grom z góry i na mrok z dołu.
Kto łamał słowo — bił go Perun, a ja brałem resztę.
Dwie ręce jednej wagi każda z innego dworu.
Nigdy razem. Nigdy obok. Zawsze naprzeciw.
Aż do dziś...
NIE PRZYSZEDŁEM PO WŁADZĘ. NIE PRZYSZEDŁEM PO TRON.
PRZYSZEDŁEM PO SWOJE — BO KTOŚ SIĘGNĄŁ POD MÓJ DOM!
Niebo z dołem, grom z korzeniem — pierwszy raz w jedną stronę:
DZIŚ PIERWSZA PRZYSIĘGA ŚWIATA STAJE PRZECIW KRÓLOWEJ!
Wyciągam do niego dłoń — mech na palcach, ziemia w liniach.
Grom patrzy. Milczy. Potem podaje swoją - tak to ta chwila.
Nie za ciebie, gromowładny. Za porządek. Ale dziś... to jedno i to samo.