Jedną dłonią trzymam cios, w którym całe piekło drży.
Nie czuję go. Czuję imię. I ono boli mocniej niż wy.
Perun krzyknął je z wzgórza — ja milczałem o nim wieki.
Halaszka. Jedno słowo — a dłoń, co trzyma piekło, drży jak powieki.
Pamiętam bal w Będzinie. Krzyżyk złoty na jej szyi.
Nie mogłem jej dotknąć — czułem się strasznie niczyi.
Trzeciej nocy przyszli po mnie z dołu — i poszedłem.
Bez słowa, bez pożegnania. Jak złodziej z domu wyszedłem.
Mówią: klasztor. Mówią: zgasła z żalu — sama.
Nie sprawdziłem nigdy. Tchórzowi wystarczy zamknięta brama.
A teraz Perun rzuca jej duszę między mnie a piekło — jak kość.
Wie, gdzie uderzyć. Zawsze wiedział. Po prostu miał dość.
Podnoszę wzrok. Ona — na nim. Królowa na bogu.
A w bogu coś, co drgnęło, gdy stanął przy mnie na progu.
Coś we mnie go zna. Nie pytajcie skąd. Nie dziś.
Dziś wystarczy, że on to czuje — i dlatego nie chce iść.
Mówię to cicho. Do nikogo. Tak jak wtedy, w Będzinie, do drzwi.
Cztery słowa. I zamykam dłoń. I świat na chwilę śpi.
ZNOWU MUSZĘ TO ZROBIĆ — choć przysięgałem że już dość.
ZNOWU MUSZĘ TO ZROBIĆ — bo inaczej zostanie tu tylko kość.
Nie z gniewu. Nie z dumy. Nie po to, by coś udowodnić —
Tylko dlatego, że mogę. I dlatego muszę to zrobić.
Nie ma huku. Jest cisza, jakby ktoś wyłączył dźwięk.
Błoto zapada się w punkt — zanim zdążysz poczuć lęk.
Miliony ich. Bez krzyku. Bez dymu. Bez jęku.
Piekielna armia znika — bez ni jednego dźwięku.
Na wzgórzu bogowie padają na twarze — bez czci, z ciężaru,
Perun jeden stoi. Nie odwraca się bo wie że to z jego pożaru.
A ona? Odrzucona z tytanem daleko. Nietknięta. Ani włos.
Tylko tytan pod nią klęka — jakby usłyszał znajomy głos.
Stoję w kraterze sam. Pole czyste jak rano.
Czuję, jak pęka coś głębiej niż kość — coś, co nosić mi dano.
Tego nie chciałem. Nie tak. Nie tu. Nie tym.
Kontrola była wszystkim, co miałem — i z niej został dym.
Królowa na klęczącym bogu patrzy na mnie z góry,
I pierwszy raz, odkąd istnieje, nie gra w żadne gry.
Zdziwienie. Czyste jak u dziecka. Pyta cicho: "Kim ty jesteś?"
A ja nie patrzę na nią. Patrzę ponad nią — gdzieś.
Na wzgórze. Na tego, co krzyknął. I pytam go o jedną rzecz:
Perunie... zadowolony?
Piekło odrośnie — piekło zawsze odrasta.
Tylko wrak już nie wróci w błoto. Udawanie skończone. Basta.