Byłem tu pierwszy, nim nastał czas i ład,
Widziałem kowala, nim zbudował wasz świat.
Śmiałem się cicho, gdy kuł słońca blask,
Bo każdy płomień zgaśnie nim przeminie czas.
Patrzyłem z pustki, jak życie się pnie,
Jak podła iluzja, co wkrótce zgnije.
Czekam od eonów, znam wasze modlitwy,
Nadszedł czas końca, koniec tej gonitwy.
Zwą mnie czarnobóg, jestem końcem i trwogą!
Wasz biały porządek jest moją podłogą!
Jestem pradawnym w sercu pustki i zgnilizny!
Synonimem nocy, ojcem nicości i blizny!
Zwą mnie czarnobóg, niosę ciszę i chłód!
Wasz cały wszechświat to mój przegniły płód!
Wracam by zniszczyć tę iluzję istnienia!
Nie będzie litości, nie będzie zbawienia!
Mówicie "miłość", ja widzę strach przed stratą,
Mówicie "nadzieja", ja pogardzam tą szmatą.
Wasz każdy uśmiech to skrywany płacz,
Tacy jak wy to żaden dla mnie gracz.
Jesteście formą, co tęskni do pyłu,
Hałasem, co marzy o ciszy i stylu.
Ja wam oferuję ostateczny dar,
Spokój nicości, co gasi każdy żar.
Wołane przeze mnie wylegną z czeluści,
Koszmary i zmory, demony bez litości.
Moja prastara Marzanna przyniesie wam lód,
Nocnica wyssie z waszych dzieci miód.
Wasz światły panteon to domek z kart,
Jeden mój oddech i skończy się ten żart.
Więc módlcie się do słońca, co blednie i kona,
Bo nadchodzi wieczna noc, przeze mnie stworzona.
Zwą mnie czarnobóg, jestem końcem i trwogą!
Wasz biały porządek jest moją podłogą!
Jestem pradawnym w sercu pustki i zgnilizny!
Synonimem nocy, ojcem nicości i blizny!
Zwą mnie czarnobóg, niosę ciszę i chłód!
Wasz cały wszechświat to mój przegniły płód!
Wracam by zniszczyć tę iluzję istnienia!
Nie będzie litości, nie będzie zbawienia!