ziemia dudni od marszu umarłych — suną wały za wałami,
a naprzeciw otwiera się piekło — legiony za legionami.
dwa przypływy, jedno pole. zaraz huknie masa w masę.
a ja stoję ponad czasem. i wybieram swą fazę.
piekło nie czeka na starcie — wypuszcza swoje legiony,
rogate, skrzydlate mrowie zalewa pole z ich strony.
tną umarłych na kawałki, miażdżą tarcze i sztandary —
bo wróg wierzy w prostą prawdę: każdy padnie. młody, stary.
padają wskrzeszeni królowie, pęka szereg za szeregiem,
piekło mieli starą gwardię, jak kry mielone brzegiem.
od wieży słychać śmiechy: "glina wraca do gliny."
o czasie się nie śmieje. czas nie zna dobrej miny.
a ja robię krok przez nicość — pole łapie mnie w biegu,
staję między umarłymi w najbardziej łamanym szeregu.
unoszę dłonie nad królem bez ręki i bez korony —
i cofam mu ostatnią chwilę. czas płynie w tył. jest zdziwiony.
to nie jest leczenie ran — ja ran nie zaszywam wcale,
ja po prostu mówię chwili: "wróć" — i chwila wraca w chwale.
ramię wraca do barku, sztandar z błota się dźwiga,
cios, co spadł ledwie przed chwilą, teraz z czasem się ściga.
ja jestem panią czasu, co włada nim ciągle,
czas jest dla mnie tym, co na szybie krople!
mogę je ścierać, przesuwać, jak mi się podoba,
więc handlujcie z tym, oh jaka szkoda!
ja jestem panią czasu, co włada nim ciągle,
moja moc was zaora, jak ora się pole!
możecie wciąż zabijać, niszczyć i palić,
mnie to nie rusza, nie ma się czym chwalić!
biegnę wzdłuż pękającej linii i cofam, cofam, cofam,
za mną wstają całe hufce — bitwa gra się od nowa.
piekło sieka coraz gęściej, z coraz większym gniewem —
a ja każdą ich robotę wymazuję jednym zewem.
i wtedy po drugiej stronie widzę błysk — znajomy, bliski:
ktoś tam też cofa chwile, jakby jadł z jednej miski.
podbiegam — i mnie zatyka, jakby czas sam stanął w progu:
to jestem ja. druga ja. starsza o parę epok i wrogów.
nie pytamy się o nic — po co pytać samej siebie?
stajemy plecami do siebie, jak dwa świty na niebie.
ona cofa lewe skrzydło, ja odwracam prawą flankę —
piekło morduje w kółko tę samą nieśmiertelną bandę.
i to piekło pierwsze pęka — zwalnia, cofa się, dziczeje,
bo jak walczyć z armią, której nigdy nic się nie dzieje?
front staje. mrowie patrzy, jak wstaje pokos ich pracy.
umarli równają szereg. i ruszają. jednacy.
z wieży patrzy na to majster — i coś dziwnego się dzieje:
pierwszy raz od startu budowy rytm jego młotów... truchleje.
mówią, że czas leczy rany. my dwie robimy to szybciej.