schodzę w dół po zboczu krateru — pod butami żar i pył,
za mną panteon syczy: "wróć!" — jakbym kiedyś posłuszny był.
oni widzieli pstryk i sojusz — wrośli we wzgórze ze strachu,
a ja widziałem rzecz gorszą: brata, co gasł w piachu.
on stoi na dnie, sam. prosty — pierwszy raz od lat.
wokół czysto aż strach: ani demona, ani armii, ani żaden ślad.
nie wita mnie. czeka. pytanie wisi między nami jak nóż:
"zadowolony, perunie?" — no więc słuchaj. odpowiadam już.
nie. nie jestem zadowolony. nie tego chciałem, biesie.
chciałem, żebyś wstał z błota, nim cię to błoto zniesie.
wołałem cię gromem i drwiną — a ty trwałeś jak skała,
więc sięgnąłem po jedyne imię, które twa dusza pamiętała.
sam mi to kiedyś rzekłeś — przy ogniu, w tamtej wojnie:
"kochałem kiedyś kobietę" — i dodałeś niespokojnie:
"baba dla chłopa, gromie, to najgorsza z możliwych kontr."
wybacz. zapamiętałem. i wbiłem ci to prosto w front.
grom nie przeprasza — grom ostrzega i bije,
ale grom też widzi, kto pod błotem żyje!
wolałem twe przekleństwa niż twoje ciche konanie —
niech mnie bies znienawidzi, byle wstał. niech tak zostanie!
on milczy. długo. po kraterze wiatr popioły gna.
w końcu: "wiedziałeś, co noszę?" — "nie. i nie chcę znać.
widzę tylko, że dźwigasz — to widać po twoim kroku.
pytam o jedno: ile jeszcze uniesiesz, zanim padniesz w mroku?"
a on unosi dłoń — tę, którą zatrzymał piekła cios,
patrzy na nią, jakby ważył niewidzialny los.
"nie pytaj, ile uniosę, perunie. źle stawiasz pytanie.
oddałem więcej, niż noszę. reszta to już tylko trwanie."
nie rozumiem tej mowy. i może nie mam prawa.
grom nie musi pojmować — grom ma być tam, gdzie wrzawa.
więc mówię, po co zszedłem, prosto, jak ojciec do syna:
"gdy przyjdą — a przyjdą — stanę przy tobie. kiedy nadejdzie godzina."
on patrzy na mnie długo — jak na coś z dawnych dni,
jakby w tym wraku na chwilę ktoś dawny się śni.
"przy mnie się umiera, perunie." — "biesie, ja już raz byłem w grobie.
umierałem za mniejsze rzeczy. mogę drugi raz — przy tobie."
i wtedy obaj to czujemy — drżenie od strony wzgórza.
odwracamy głowy razem — a tam łuna. nie piorun. nie burza.
oni nie schodzą nas dobić. nie szykują też obrony.
oni coś budują. w rytm młotów. i ten rytm jest... szalony.
nie wiem, co gorsze, biesie — i mówię to jako grom:
kiedy tacy jak oni niszczą... czy kiedy budują dom.
a on odpowiada cicho, nie odrywając wzroku od łuny: "zbierz wszystkich, którzy jeszcze stoją, perunie. wszystkich."