Bariera Mokosz pękła, Światowida wzrok już zgasł
Czarnobóg ryczał śmiechem, nadszedł ostateczny czas
Uniósł swą dłoń z nicości, by zakończyć tę agonie
Lecz nagle całe pole bitwy w czystym, białym ogniu płonie
Z nieba spada postać będąca światłem i porządkiem
Staje on wśród Bogów, będąca mroku epilogiem
Jego głos to cisza, co rozdziera chaosu krzyk
Koniec tego bracie, swe ego zbastuj w mig
Czarnobóg zamarł w szoku, wzrok palił się czystą furią
Jak śmiesz mnie pouczać ty, coś jest iluzją
Lecz nim skończył swe słowa, Białobóg ruszył w bój
Jego pięść to kometa co rozbija mroczny strój
Zderzenie ich potęgi wstrząsa posadą świata
Eksploduje czerń i biel, to jest dla nich zapłata
Zaczyna się taniec, Bogów ostateczna potyczka
Gdzie każdy cios to wyrok, a unik to pożyczka
Białobóg kontra Czarnobóg, odwieczna walka trwa
Stworzenie kontra pustka, to dla nich jest jak gra
To nie jest bój o ziemie, to jest wojna o istnienie
Gdzie siła równa sile, a stawką przeznaczenie
Tytaniczna furia co rozrywa nieboskłon
Każdy z nich chce zakończyć ten śmiertelny gon
To jest bitwa ostateczna, to jest sądny dzień
Lecz żaden nie odpuści, w niezłomną grają grę
Mokosz wstaje z kolan, jej ciałem płynie moc
Bracie walczymy z tobą przez tę nadjłuższą moc
Ziemia ryczy na nowo, korzenie chwytają mrok
By dać Białobogowi szansę na kolejny krok
Światowid otwiera oczy, jego cztery twarze płoną
Widzę lukę w jego gardzie, uderz w stronę odsłonioną
On jest strategiem, ona jest żywą, świętą tarczą
Wspierają swego brata, gdy z furią na siebie warczą
Białobóg słucha rady, jego cios jest jak z bicza
Uderza czystym światłem w pancerz przeciwnika
Czerń pęka, syczy w bólu, Czarnobóg cofa się w tył
Pierwszy raz od eonów w końcu zraniony był
To nie jest zwykła siła, to jest esencja tworzenia
Dla Boga anihilacji jest źródłem cierpienia
Triumf jest o krok, światło prawie wygrało
Lecz ego czarnej bestii właśnie się przebudzało
Czarnobóg ryczy głosem, co rozrywa samą duszę
Myśleliście że to wszystko, ulepszę własną duszę
Z jego ciała strzela czysta, skoncentrowana nicość
Co pochłania światło, co niszczy każdą miłość
Odrzuca Mokosz siłą, co wyrywa drzewa z ziemi
Oślepia Światowida co patrzył oczyma wśród bieli
Uderza w Białoboga, ich moce znów są równe
To jest wieczna walka, epickie starcie absolutne
I tak walczą w uścisku na zniszczonym świata progu
Brat przeciwko bratu, Bóg przeciwko Bogu
Żaden nie może wygrać, żaden nie chce się poddać
Na każdy cios światłości czerń musi swoim oddać
Bitwa trwa, ziemia płacze, czas się zatrzymał
W biegu, cały wszechświat patrzy na ten pojedynek,
Z brzegu, czekając na cud, na siłę co przeważy tę szalę
Na moc której Bogowie sami nie znają wcale (nie znają wcale)